Wspomnienia cz. I - "Boże Narodzenie 1945 w Starym Węglińcu"
15.03.2010.
      Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią przedstawiamy Państwu pierwszą część wspomnień Pana Heinz Säbel. W 1939 r. Pan Heinz wraz z rodziną przeprowadził się do Starego Węglińca, gdzie przebywał aż do 16.02.1945 r. W tym dniu mieszkańcy musieli uciakać ze swoich ciepłych, przytulnych domów i iść w nieznaną przyszłość...
      Obecnie Pan Heinz mieszka w Oldenburgu. Wciąż wiele pamięta. W pierwszej części wspomnień dowiemy się o jego bardzo długiej i męczącej ucieczce na zachód. Przekonamy się o tym, ile człowiek jest w stanie znieść bólu i cierpienia. Zobaczymy walkę Pana Heinza i jego rodziny o najwyższą wartość, jaką jest życie ludzkie...
      Serdecznie zapraszamy! Wspomnienia zarówno w języku polskim, jak i niemieckim, dostępne w dalszej części artykułu ZOBACZ >>


Boże Narodzenie roku 1945 w śląskiej wsi Stary Węgliniec (cz. I)
spisał: Heinz Säbel, tłumaczenie: Czesław Jeleń

Nazywam się Heinz Säbel, właśnie minęły moje 14-te urodziny. Mój ojciec wcielony został do armii (wermachtu) i przeżywał wojnę w Rosji, jako kierowca ciężarówki. Jesienią 1944 roku przeniesiony został na zachód z funkcją łącznika zmotoryzowanego. Od dłuższego czasu nie mieliśmy od Niego żadnej wiadomości. Moja Matka opiekowała się małym gospodarstwem rolnym oraz nami - trójką dzieci (moim bratem Gerhardem, urodzonym w 1936 roku oraz siostrą, Annemarie ur.w roku 1942).
Po skromnej uroczystości Bożego Narodzenia zaczął się dla mnie poważny okres życia; na północnym wylocie wsi, stworzono z oddziałów Volkssturmu i nas - młodzieży - pomocniczy oddział obrony przeciw pancernej. Z lewej i prawej w lesie wykopano doły dla pojedynczych ludzi z pancerfaustami. Otrzymaliśmy je od jednego żołnierza i byliśmy gotowi do obrony swojego odcinka. Codziennie można było słyszeć w oddali huk armat, długie kolumny żołnierzy ciągnęły na zachód.
Z opowiadań przechodzących uciekinierów oraz z komunikatów radiowych byliśmy przekonani, że aby uniknąć działań wojennych a potem powrócić do domu - tylko ucieczka na zachód ma sens.
16-go lutego 1945r. w centrum Starego Węglińca zebrano dużą część mieszkańców, którzy jako grupa uchodźców, przemieszczali się na zachód w kierunku Nysy z przygodnie i pospiesznie załadowanymi wózkami ręcznymi, wozami z wołami jako zwierzęta pociągowe, niektórzy ludzie tylko z niezbędnym sprzętem załadowanym na rowery, wszyscy w ubiorach zimowych, bo dzień był pochmurny, a temperatura bliska 0°C.
Ludzie wyszli z ciepłych, przytulnych domów i szli w nieznaną przyszłość…
Po około 2-ch godzinach w drodze, dogonił nas na rowerze starszy pan (Urzędnik gminy?), zatrzymał uchodźców i powiedział, że Rosjanie są już we wsi, że będą spokojni i mamy wracać. Nie musiał wiele przekonywać, ze względu na niepewną przyszłość, ludzie byli gotowi wrócić. Wśród tych, którzy uciekali dalej, był nasz sąsiad Paul Kutter ze swoją żoną Lotte oraz synem Siegfriedem. Ponadto był z nimi młody Polak (Ukrainiec?), który pracował u Kutterów jako parobek. Paul Kutter został ranny w Rosji i przebywał w domu na rekonwalescji. Zaprzęgnął on dwa woły do wozu a my mieliśmy wózek ręczny, załadowany niezbędnym sprzętem, przede wszystkim pościel. Moja siostra Annemarie miała swoje miejsce na załadowanym wózku ręcznym. Ja ciągnąłem wózek a nasz pies Senta próbował mi pomóc. Moja Matka i mój brat Gerhard prowadzili rower. Nasza droga prowadziła przez duży kompleks leśny, gdy zrobiło się ciemno znaleźliśmy nocleg w opuszczonym gospodarstwie. Byłem zbyt podniecony, aby zasnąć. Próbowałem czuwać, ale skończyło się na próbie. Razem z młodym Polakiem, położyliśmy się za kopcem ziemnym. Był to rodzaj nocnego czuwania, wziąłem ze sobą karabin i rewolwer i nie byłem pewien czy strzelałbym do wynurzających się Rosjan (mogłem sobie wyobrazić, że długo bym nie pożył). Polak oświadczył mi, że woli wrócić do Starego Węglińca – i zniknął w ciemnościach.
Przed południem dotarliśmy do mostu na Nysie, komando, które miało wysadzić most, zmuszało do pośpiechu - chyba byliśmy jednymi z ostatnich, którzy przekroczyli ten most. Nadal szliśmy w kierunku na zachód - każdego dnia pokonywaliśmy około 25-35 km. Większe miejscowości to Kamens, Konigsbruck, Grossenhain, Riesa i Oschatz. Tu zjechaliśmy z drogi głównej i dalej jechaliśmy drogami bocznymi i polnymi. Im dalej na zachód, tym większe było zagrożenie ze strony nisko latających samolotów. Dalej szliśmy przez Dahlen, Falkenhain, Thallwitz, aż doBunitz, 11 km na wschód od Eilenburg. Znaleźliśmy nocleg w stodole. Mieszkańcy gospodarstwa byli bardzo pomocni i pozwolili nam zatrzymać się tutaj na pewien czas. W sąsiednim Paschwitz poszedłem na kilka dni do szkoły gdzie otrzymałem świadectwo ukończenia szkoły a w Kościele poszedłem do konfirmacji. Samoloty, latające na niskim pułapie przylatywały teraz codziennie, ich celem była pobliska linia kolejowa, a przy okazji ostrzeliwano wszystko "co się rusza". W Bunitz przeżyliśmy eksplozję pociągu z amunicją na dworcu w Eilenburg. Z komunikatów radiowych oraz opowiadań wynikało, że front na zachodzie już przeszedł kilka kilometrów. Myśleliśmy, że droga na wschód, na Śląsk jest jeszcze wolna i postanowiliśmy wracać, wojna się przewaliła i było już lepiej, ale nostalgia szła wciąż razem z nami. Ze względu na latające nisko samoloty rozpoczęliśmy powrót dopiero wieczorem – kierunek Torgau. Po pewnym czasie trafiliśmy na jednostkę niemieckich żołnierzy, którzy zajęli pozycję w przydrożnym rowie, zapytali nas, dokąd zmierzamy, odpowiedzieliśmy, że do Torgau. Żołnierze powiedzieli nam wówczas, że Torgau ogłoszona została twierdzą, wiec byliśmy zmuszeni zmienić swoje plany podróży. Skręciliśmy na Morenę i dalej w kierunku Belgern. Tutaj trafiliśmy w ciemnościach na żołnierzy amerykańskich, którzy pytali nas o drogę na Eilenburg. Pokazaliśmy im kierunek i mogliśmy iść dalej. Wczesnym rankiem byliśmy w Belgren by stwierdzić, że wszelki ruch został wstrzymany, a więc "nici" z drogi na wschód.
Po południu widzieliśmy rosyjskie czołgi na przeciwległym brzegu Łaby. Zostały one ostrzelane z rejonu Belgren, więc się wycofały.


 
  Dostaliśmy się pomiędzy fronty. W Belgren stał pociąg towarowy z zaopatrzeniem dla twierdzy Torgau, ostrzeliwany przez Rosjan. W przerwie ostrzału zaopatrzyliśmy się w prowiant z tego pociągu, pilnowanego jeszcze przez żołnierzy niemieckich. Ostrzegali nas, że za kradzież możemy zostać zastrzeleni. Ostrzał Rosjan toczył się dalej a my szliśmy z powrotem na zachód.
Idąc nocą mogliśmy jeszcze długo obserwować łunę palącego się miasta. Szliśmy drogami polnymi tylko nocą. Kolejną miejscowością, do której dotarliśmy był Schmannewitz(?).W jednym z gospodarstw otrzymaliśmy pokoik. Następnego dnia zobaczyliśmy żołnierzy amerykańskich, którzy przyjechali Jeepem, zatrzymali się w środku wsi i pojechali dalej. Myśleliśmy, że jesteśmy w strefie amerykańskiej, ale po kilku dniach było po wszystkim - przyjechali Rosjanie małym chłopskim wozem. Od razu mieliśmy też okazję na zawarcie z nimi znajomości. Usłyszeliśmy odgłos butów na schodach do naszego pokoju i nagle z hukiem stanął w drzwiach z pistoletem maszynowym - młody Rosjanin. Pytał o rzeczy wartościowe, Uri-Uri? Zabrał moje buty z cholewami, skórzaną kurtkę, po czym wyszedł. Ale to był tylko początek. Zaczął się zmierzch i krótki czas potem usłyszeliśmy z pomieszczenia sąsiadów krzyki gwałconej kobiety. Szybko zbiegliśmy tylnymi schodami przez tylną bramę do ciemnego ogrodu, schowaliśmy się w wysokich pokrzywach i drenie opałowym pozostając tu do świtu. Niestety nie mogliśmy zabrać naszego psa Senta.
Dla rozrywki zwycięzcy grali na harmoszce, słyszeliśmy ich wrzaski, krzyki umęczonych kobiet strzały itd. W porannych ciemnościach przekradaliśmy się ogrodami przez wieś, w odległości ok. 2 km była widoczna następna wieś, a pomiędzy nimi było obniżenie terenu porośnięte krzakami - tam się schowaliśmy. Strzelano w naszym kierunku z pistoletu maszynowego - kule świstały koło uszu. W pewnym momencie obróciłem się i zobaczyłem starszego mężczyznę, biegnącego w naszym kierunku i strzelającego za nim Rosjanina.
W dzień chowaliśmy się w obniżeniu wśród krzaków, wieczorem wracaliśmy do wioski i chowaliśmy się w stodole w sianie. Niedługo potem Rosjanie przeszukali całe gospodarstwo i stodołę. Wyciągnęli mnie z siana, po czym Rosjanin przyłożył mi rewolwer do brzucha mówiąc, że jestem partyzantem. Próbowałem mu tłumaczyć, że jestem robotnikiem, wtedy wyszła z siana moja Mama i reszta rodzeństwa. Mama tłumaczyła mu, że przecież jestem jeszcze dzieckiem. Wtedy nas zostawił, a my wróciliśmy do pokoju, zapakowaliśmy nasz wózek tym, co nam jeszcze zostało i uciekliśmy. Niedaleko za wsią zobaczyliśmy w rowie przydrożnym naszego zastrzelonego psa. Przez las i polnymi drogami dotarliśmy przed wsią do oddalonej polnej stodoły. Tutaj zatrzymaliśmy się na około 14 dni, nie niepokojeni już przez Rosjan. Myślę, że wieś nazywała się Ochsensal. Tutaj, lub w następnej wsi o nazwie Frauenwalde, rozstaliśmy się z rodziną Kutter - wojna była zakończona.
Chcieliśmy iść na wschód i doszliśmy do Schirmenitz, zamieszkaliśmy w baraku, gdzie mogliśmy kilka dni pozostać. Wybrałem się sam w drogę do Schonewalde, gdzie siostra mojej matki miała gospodarstwo. Idąc przez Riesa Bad Liebenwerde i Doberluck Kirchheim, przeszedłem tę drogę w ciągu jednego dnia, ale ostatnie kilometry ciągnęły się strasznie. Przyszedłem bardziej martwy niż żywy. Myślę, że potem przespałem 24 godziny.
Obok gospodarstwa cioci stała jeszcze stara chata, której wówczas nikt nie zamieszkiwał. Jeszcze niedawno mieszkali w niej francuscy jeńcy wojenni. Ciocia uważała, że moglibyśmy tu zamieszkać. Wewnątrz chata wyglądała strasznie, a zewnątrz otoczona była zasiekami z drutu kolczastego. Ktoś dał mi stary rower, opony się sypały, ale najważniejsze, że nadawał się jeszcze do użytku. Początkowo rower sprawował się nieźle, lecz przy zjeździe z górki nieopodal kuźni, tylne koło siadło pode mną. I tu nagle cud! Kowal podarował mi stare tylne koło i mogłem kontynuować podróż do Schmirmenitz. Po przyjeździe moja Matka ucieszyła się, że znaleźliśmy miejsce do spania. Kilka dni później byliśmy już w Schonewalde i sprzątaliśmy stary dom.
Ciotka Frieda i wujek Theo byli bogatymi gospodarzami, obydwaj Rosjanie, komendanci wsi byli tu ugoszczeni i zaopatrzeni, tym bardziej nie rozumiem, dlaczego my nie otrzymywaliśmy od nich żadnych środków spożywczych. W ich bogato wypełnionej spiżarni wisiały kiełbasy i szynki i były inne wiktuały. Natomiast nasz posiłek, najczęściej składał się z ziemniaków w mundurkach, soli i niewielkiej ilości nieświeżego oleju lnianego. Gotowaliśmy sobie marmeladę z jarzębiny, ale była bardzo gorzka, bo nie mieliśmy cukru. Czasem ja i moja Matka mogliśmy coś pomóc w gospodarstwie – w zamian dostawaliśmy jedzenie. Nasza sytuacja była bardzo smutna… Pewnego dnia przyszedłem akurat na czas, by przeszkodzić mojej Matce w…

KOMENTARZ: W tym miejscu Pan Säbel urywa swoją opowieść. Możemy jedynie domyślać się, że kilkuletni stres, walka o życie dzieci i własne, niepewność jutra a w końcu zwykły fizyczny głód, mogły stać się przyczyną, iż Matka sięgnęła w myślach do rozwiązań ostatecznych.






Serdecznie dziękujemy Panu Czesławowi Jeleń za przetłumaczenie powyższego tekstu.


Poniżej przedstawiamy wspomnienia w języku niemieckim spisane przez Pana Heinza.


Erinnerungen die immer gegenwärtig waren, nach Sechzig Jahren geschrieben – Heinz Säbel

Weihnachten 1944 in dem schlesischen Dorf Alt-Kohlfurt Kr. Görlitz.
Mein Name: Heinz Säbel, ich hatte gerade meinen 14ten Geburtstag erlebt, Mein Vater war seit 1939 zur Wehrmacht eingezogen und erlebte den Krieg als Kraftfahrer in Russland, im Herbst 1944 wurde er nach dem Westen verlegt und war als Kradmelder eingesetzt. Wir hatten schon längere Zeit keine Nachricht von Ihm erhalten.. Meine Mutter versorgte die Kleine Landwirtschaft und uns drei Kinder, mein Bruder Gerhard, 1936 geboren und meine Schwester Annemarie, 1942 geboren. Nach dem bescheidenen Weihnachtsfest fing für mich der Ernst des Lebens an, am Nördlichen Dorfausgang wurde unter mithilfe von Volkssturmmänner und uns Jungens eine Panzersperre errichtet. Rechts und links im Wald wurden Einmannlöcher gegraben, sie waren als Stellung für den Panzerfausteinsatz gedacht. Wir erhielten von einem Soldaten eine Einweisung an der Panzerfaust und wurden für die Verteidigung unserer Anlage vorbereitet. Seit Tagen Konnten man den fernen Donner der Geschütze hören, Soldaten zogen in langen Kolonnen Richtung Süden.
Durch die Erzählungen von durchziehenden Flüchtlingen aber auch durch die Nachrichten aus dem Radio waren wir überzeugt das nur die Flucht nach Westen das richtige wäre um dem Kriegsgeschehen auszuweichen, danach wollten wir wieder in unsere Heimat zurück.
Am 16.Februar 1945 wurde in der Ortsmitte ein Flüchtlingstreck zusammengestellt und ein großer Teil der Dorfbewohner zog Richtung Westen, Richtung Neiße, ein abenteuerlicher Haufen mit hastig beladene Handwagen, Fuhrwerken mit Ochsen als Zugtiere und manche Leute hatten nur das nötigste auf ein Fahrrad geladen, alle waren winterlich gekleidet ,es war ein trüber Tag mit Temperaturen von 0°C.
Die Menschen kamen aus einem warmen und gemütlichen Zuhause und zogen in eine unbestimmte Zukunft.
Nachdem wir etwa zwei Stunden unterwegs waren wurden wir von einem älteren Mann mit Fahrrad eingeholt (Der Gemeindediener?), er brachte den Treck zum halten und berichtete das die Russen schon im Dorf sind, sie wären friedlich und wir sollten wieder zurückkommen.
Er brauchte nicht viel zu sagen, die Menschen waren ob ihrer ungewissen Zukunft gern zur Umkehr bereit.
Die Einzigen die weiter zogen war unser Nachtbar Paul Kutter mit seiner Frau Lotte und seinem Sohn Siegfried. Außerdem war noch ein junger Pole (oder Ukrainer ? ) dabei der als Knecht bei den Kutters arbeitete. Paul Kutter war nach einer Verwundung in Russland auf Genesungsurlaub zuhause, er hatte zwei Ochsen vor einen Wagen gespannt und wir hatten einen Handwagen mit dem Nötigsten beladen, vor allem Bettzeug. Meine Schwester Annemarie hatte ihren Platz oben auf dem beladenen Handwagen. Ich zog den Handwagen und unser Schäferhund Senta versuchte mir dabei zu helfen, meine Mutter und mein Bruder Gerhard führten je ein Fahrrad.
Unser Weg führte uns durch ein großes Waldgebiet, als es dunkel wurde fanden wir in einem verlassenen Hof Unterkunft für die Nacht.
Zum schlafen war ich zu aufgeregt, ich versuchte wach zu bleiben aber es blieb sicher bei dem Versuch. Der junge Pole und ich legten uns hinter einen Erdhügel. Es war wohl so eine art Nachtwache, ich hatte ein Gewehr und einen Revolver mitgenommen und ich war mir nicht sicher ob ich auf evtl. auftauchende Russen schießen würde (ich konnte mir wohl vorstellen das ich dann nicht mehr lange leben würde).Der Pole sagte mir das Er lieber wieder zurück nach Alt-Kohlfurt wolle und Er verschwand in der Dunkelheit.
Am Vormittag erreichten wir die Neißebrücke, das Sprengkommando trieb zur Eile, wir waren wohl die letzten die über die Brücke kamen.
Nun ging es in Richtung Westen, jeden Tag 25 bis 35 Km. Die größten Orte waren Kamens, Königsbrück, Grossenhain, Riesa und Oschatz. Hier verließen wir die Hauptstrasse und fuhren auf Nebenstrassen und Feldwegen weiter, die Gefahr durch Tiefflieger nahm zu je weiter man nach Westen kam.
Weiter ging es über Dahlen, Falkenhain, Thallwitz bis nach Bunitz, 11 KM östlich von Eilenburg. Wir fanden in einer Scheune Unterkunft, die Bewohner des Hofes waren sehr hilfsbereit und wir konnten einige Zeit bleiben.
Im Nachbarort Paschwitz ging ich noch ein paar Tage zur Schule, ich bekam mein Schulabschlusszeugnis und in der Kirche wurde ich konfirmiert.
Die Tiefflieger kamen jetzt fast jeden Tag, Hauptziel war die nahe Eisenbahnlinie, aber auch sonst wurde alles beschossen was sich bewegte.
In Bunitz erlebten wir auch die Explosion eines Munitionszuges auf dem Bahnhof in Eilenburg.
Nach den Radio-Nachrichten oder was man sonst so hörte war die Front im Westen schon bis auf wenige Kilometer herangerückt, wir meinten das der Weg nach Osten in Richtung Schlesien noch frei wäre und beschlossen wieder in Richtung Osten zu ziehen.Wo sollten wir auch sonst hin, der Krieg war über das Land gezogen,es würde alles wieder besser werden (Und das Heimweh ging immer mit )
Wegen der Tiefflieger machten wir uns erst am Abend auf den Weg, Richtung Torgau. Nach einer Zeit begegneten wir einer Einheit deutscher Soldaten die im Strassengraben Stellung bezogen hatten, sie fragten wo wir noch hin wollten, wir sagten nach Torgau, wir erfuhren das Torgau zur Festung erklärt worden war und so änderten wir unsere Streckenplanung, wir bogen in Mokrena ab und zogen weiter in Richtung Belgern. Hier trafen wir in der Dunkelheit auf amerikanische Soldaten, sie fragten uns nach dem Weg nach Eilenburg, wir zeigten in die Richtung und konnten weiter ziehen. Am frühen Morgen waren wir in Belgern und erfuhren das der Fährbetrieb eingestellt war, also nichts mit dem Weg nach Osten.

 
  Am Nachmittag sahen wir russische Panzer am Ostufer der Elbe, sie wurden aus dem Ort Belgern beschossen und zogen sich zurück.
Wir waren zwischen die Fronten geraten. In Belgern stand ein Güterzug mit Verpflegung der für die Festung Torgau bestimmt war und der wurde nun von den Russen beschossen, in einer Feuerpause versorgten wir uns mit einigen Lebensmitteln aus dem Zug der noch von deutschen Soldaten bewacht wurde, man drohte uns das wir wegen Plünderung erschossen würden, der Beschuss durch die Russen ging weiter und wir zogen wieder in Richtung Westen in die Nacht, wir konnten den Feuerschein der teils brennenden Stadt noch lange sehen.
Auf Feldwegen zogen wir durch die Nacht, den nächsten Ort den wir erreichten war Schmannewitz? In einem Bauernhof konnten wir ein kleines Zimmer beziehen. am nächsten Tag sahen wir die ersten amerikanischen Soldaten, sie kamen einmal am Tage mit einem Jeep, hielten in der Ortsmitte und dann fuhren sie weiter. Wir meinten also dass wir in der amerikanisch Besetzten Zone wären, aber nach einigen Tagen war es vorbei, die Russen kamen, auf kleinen Panjewagen sitzend. Wir sollten auch gleich ihre Bekanntschaft machen. Es polterte auf der Treppe die zu unserem Zimmer führte und ein junger Russe stand mit der Maschinenpistole im Anschlag in der Tür, er fragte nach Wertsachen, Uri-Uri? Er nahm meine Stiefeln und eine Lederjacke mit und war wieder draußen, aber das war nur der Anfang.
Die Dämmerung setzte ein und kurze Zeit später hörten wir aus der Nachbarwohnung das Schreien der vergewaltigten Frau, wir liefen die Hintertreppe runter und zum Hinteren Hoftor in den dunklen Garten, zwischen hohen Brennnesseln und Holzschobern versteckten wir uns bis zum Morgengrauen. Leider konnten wir unseren Schäferhund Senta nicht mitnehmen. Für Unterhaltung sorgten in dieser Nacht die Sieger, Ziehharmonika spielen. Schreie der gepeinigten Frauen Schüsse usw.
Inder Morgendämmerung schlichen wir uns durch die Gärten aus dem Dorf, in etwa zwei Kilometer Entfernung war das nächste Dorf zu sehen und zwischen beiden Dörfern eine mit Büschen bewachsene Bodensenke, dort versteckten wir uns wieder. Hinter uns wurde mit einer Maschinenpistole geschossen, die Kugeln pfiffen uns um die Ohren, ich drehte mich um und sah einen älteren Mann der ebenfalls in unsere Richtung lief, verfolgt von einem Russen, der auf ihn schoss. In der Bodenvertiefung versteckten wir uns für den Tag. Abends gingen wir zum Dorf zurück, wir versteckten uns in einer Scheune im Heu, kurze Zeit später durchsuchten die Russen den Hof und die Scheune, sie zogen mich aus dem Heu ,der Russe sagte zu mir: Du Partisan und hielt mir seinen Revolver an den Bauch und ich versuchte ihm zu erklären das ich ein Rabotnik (Arbeiter) sei, nun kam meine Mutter und der Rest der Familie aus dem Heu und meine Mutter sagte zu dem Russen: Er ist doch noch ein Kind, er lies von uns ab und wir gingen in unsere Unterkunft zurück aus der wir geflüchtet waren.
Wir packten unseren Handwagen mit den Dingen die uns noch geblieben waren und flüchteten, kurz hinter dem Dorf in einem Graben sahen wir unseren Schäferhund, er war erschossen worden. Durch einen Wald und über Feldwege kamen wir kurz vor einem Dorf an eine abgelegene Feldscheune, hier haben wir uns ca. vierzehn Tage ohne Behelligung durch die Russen aufgehalten, ich meine der Ort hieß „Ochsensal“, hier oder im nächsten Ort Frauenwalde trennten wir uns von der Familie Kutter, der Krieg war vorbei...
Wir wollten in Richtung Osten und kamen bis nach Schirmenitz, wir wohnten in einer Baracke und konnten ein paar Tage bleiben .Ich machte mich allein auf den Weg nach Schönewalde wo die Schwester meiner Mutter einen Bauernhof hatte, über Riesa, Bad Liebenwerder und Doberluck-Kirchhein, ich schaffte die Strecke an einem Tag aber die letzten Kilometer zogen sich hin und ich kam mehr tot als lebendig dort an, ich glaube ich habe erst mal 24 Stunden geschlafen.
Neben dem Hof meiner Tante stand noch eine alte kleine Kate (Ausgedingehaus), hier hatten bis vor kurzem noch französische Kriegsgefangene gewohnt und das stand jetzt leer, meine Tante meinte das wir hier wohnen könnten, drinnen sah es fürchterlich aus, die Wände starrten vor Schmutz und von Außen war das ganze Haus mit Stacheldraht umzäumt.
Jemand schenkte mir ein altes Fahrrad, die Bereifung fehlte aber es war noch zu gebrauchen. Am Anfang der Rückreise kam ich damit gut voran aber als ich einen kleinen Berg hinunter fuhr gab das Hinterrad unter mir nach, vor einer Schmiede kam ich zu stehen und oh Wunder, der Schmied schenkte mir ein altes Hinterrad und ich konnte meine Reise nach Schirmenitz fortsetzen.
Hier angekommen war meine Mutter froh dass wir wieder eine Bleibe gefunden hatten, ein paar Tage später waren wir in Schönewalde und bezogen das alte Haus.
Tante Frieda und Onkel Theo waren reiche Bauern, die beiden Russen die als Dorfkommandanten eingesetzt waren wurden hier immer gut bewirtet und mit allem versorgt, um so weniger verstehe ich warum wir von ihnen kaum mit etwas Essbarem versorgt wurden. In ihrer Speisekammer hingen die Würste und Schinken an der Decke, es war alles reichlich vorhanden.
Unsere Nahrung bestand meist aus Pellkartoffeln, Salz und etwas ranzigem Leinöl. Marmelade haben wir uns aus Vogelbeeren gekocht, aber die war sehr bitter da wir kaum Zucker hatten. Gelegentlich konnte ich oder meine Mutter auf dem Hof etwas bei der Arbeit helfen, bei dieser Gelegenheit bekamen wir meist ausreichend zu Essen.
Unsere Lage war schon sehr traurig, eines Tages kam ich gerade noch zurecht um zu verhindern das meine Mutter sich.........

Heinz Säbel


Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstu w całości lub w częściach zabronione!


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »