Wspomnienia cz. II - "Pierwsza podróż"
24.03.2010.
       Czy to żyłka podróżnicza, czy może żal za domem? Było to lato 1945 roku, miałem 14 lat i chciałem koniecznie być w moim domu w Starym Węglińcu na Śląsku. Mieliśmy nadzieje, że któregoś dnia będziemy mogli powrócić do naszych rodzinnych domów. Interesowało nas to, jak nasz dom przetrwał wojnę. Po ucieczce w lutym, okrężnymi drogami dotarliśmy do mojej ciotki w Schonewalde, gdzie mogliśmy się zakwaterować w małej przybudówce przy gospodarstwie cioci (patrz wspomnienia część I). Ten wolnostojący domek był do zakończenia wojny (w maju) noclegownią dla francuskich jeńców wojennych, był wówczas jeszcze ogrodzony drutem kolczastym i...
      Tak zaczyna się druga część wspomnień Pana Heinz Säbel, pt. "Pierwsza podróż". W dalszej części dokończenie historii ZOBACZ


Pierwsza podróż do Starego Węglińca  (cz. II)
spisał: Heinz Säbel, tłumaczenie: Czesław Jeleń

Od dłuższego czasu prosiłem swoją Matkę, żeby się zgodziła na podróż. Początkowo nawet nie chciała o tym słyszeć, ale niebawem uzyskałem Jej przyzwolenie oraz wsparcie. Zaczęły się więc przygotowania. Przez znajomą, która pracowała w rosyjskiej komendanturze w Sonnewald, jako tłumacz, otrzymałem "paszport podróży". Treść w paszporcie: "Kolejarz Heine Sabel ur. 26.12.1930 w Gros-Dober okręg Brzeg (Śląsk) podróżuje w celu zarządzenia swoim gospodarstwem rolnym do Starego Węglińca i z powrotem. Prosi się posterunki służbowe Armii Czerwonej o udzielenie panu Sabel ochrony i pomocy". Tekst rosyjski napisano odręcznie. Pieczęć, podpis oraz moje zdjęcie uwiarygodniały paszport. Aby także uwiarygodnić "kolejarza", wystarałem się o stary kolejarski płaszcz, duży klucz do śrub oraz starą latarkę kolejarską. Nie wykluczałem powrotu wzdłuż toru kolejowego. Ponieważ moja Matka była bardzo przesądna, udała się ze mną do wróżki, która powiedziała, że prawdopodobnie będę pierwszym, który ponownie przekroczy próg naszego domu. Moja Matka otrzymała jeszcze od tej starszej pani talizman - mały woreczek skórzany z nieznaną zawartością. Powiedziano mi, abym tego woreczka w żadnym przypadku nie otwierał, bo utraci on swoją moc. Plecak z niewielką ilością żywności uzupełniał moje wyposażenie. Pieszo szedłem z Schonewalde do Doberlug-Kichhain, skąd mogłem już jechać pociągiem, który dojeżdżał tylko do Cottbus. Ponieważ pociąg do Zgorzelca odjeżdżał dopiero następnego dnia, musiałem poszukać sobie gdzieś noclegu. W pustej hali fabrycznej przebywało już kilkaset ludzi. Niczego tu nie było - tylko betonowa podłoga i fundamenty po maszynach. Byli to głównie ludzie z rejonów wschodnich, ale byli tu też Polacy i Rosjanie, którzy po pracach przymusowych w Niemczech chcieli wrócić do domu. Przy takiej ilości ludzi nie było mowy o ciszy nocnej. Dzieci żebrały i płakały, wyczerpani umierali. Rankiem po tej nocy zebrano zmarłych na wózki dwukołowe i odwieziono na cmentarz. Tej nocy nie przeżyło chyba z dziesięć osób.
Wczesnym rankiem poszedłem na dworzec, aby nie przegapić mojego pociągu. Poczekalnia była pełna ludzi, którzy byli kontrolowani przez rosyjską policję wojskową (sprawdzano dokumenty). Wynajdywanych niemieckich żołnierzy, wracających z niewoli, wyprowadzano z poczekalni. Mój "auswajs" też był kontrolowany i uznany jako "charaszo", czyli w porządku. Jechaliśmy w kierunku Zgorzelca, mijany kraj był mocno naznaczony przez wojnę. W Horka kończyła się podróż dla osób udających się na Śląsk. Stąd biegł tor kolejowy przez most na Nysie w kierunku Węglinca. Ale na Nysie była nowa granica z Polską. Polskim Wojskom Pogranicza wolno było Niemców przepuszczać tylko na zachód a na wschód nie, gdyż ludność niemiecka miała zostać z terenów wschodnich wysiedlona. Jeżeli na wschód, to tak, aby nie spotkać służb granicznych. Pociągi osobowe nie kursowały, jeździły tylko pociągi towarowe, które wiozły do Rosji skonfiskowane towary (całe fabryki). Poszedłem aż nad Nysę, by znaleźć jakieś wygodne miejsce do przekroczenia granicy. Brzeg był jednak stromy a nurt rzeki silny, stary most kolejowy był wysadzony i przejście tędy było niewskazane. Od brzegu rzeki ciągnął się szeroki na ok.100 metrów pas łąki przechodzący w las. Dopiero teraz, gdy wracałem do lasu zauważyłem, że znajduję się na polu minowym, założonym przez Niemców dla obrony zachodniego brzegu. Widocznie miałem anioła stróża, który mnie prowadził. Wróciłem więc na stację końcową, zebrało się tu już ok. 100 podróżnych, chcących przedostać się na wschód. Po pewnym czasie zatrzymał się pociąg załadowany pniami drzew, przeznaczony dla Rosji. Niektóre platformy miały burty do połowy wysokości, a pnie były różnej długości, znalazłem tu kryjówkę w której-miałem nadzieję-nie znajdą mnie. Większość podróżnych siadała wprost na pniach, bez ukrywania się.


 
  Po krótkiej jeździe pociąg zatrzymał się po wschodniej stronie Nysy. Służba graniczna zdjęła wszystkich z pociągu, jeszcze jakiś czas był przeszukiwany i mógł jechać dalej. Byłem teraz w drodze do mojego domu, który oddalony był zaledwie o 20 km. Było już ciemno, gdy dojechałem do Węglinca. Węgliniec, to duży dworzec, z wieloma torami, przylegający do lasu. Biegłem szybko, jak tylko mogłem przez tory, aby dać nura do lasu. Strażnicy wołali stoj! halt! ale właśnie dopadałem lasu i byłem już bezpieczny.
Mimo pełni księżyca i znajomości tego lasu, miałem trochę trudności ze znalezieniem drogi do Starego Węglinca. Przez działania wojenne wiele się zmieniło. Tam, gdzie kiedyś była droga leśna - teren był zryty przez czołgi, paliło się podłoże – głównie torfiaste lub z węgla brunatnego. Było tak jak bym się nagle znalazł w świetle pełni księżyca na obcej planecie. Około 23:00 dotarłem do Starego Węglinca. Wszystkie domy były ciemne, chronione zamkniętymi okiennicami. Z jednego domu sączyło się trochę światła przez szpary w okiennicach, zacząłem tu pukać - tak długo, aż wreszcie wystraszony głos zapytał - kto tam? Zostałem wpuszczony i pytany skąd się tu wziąłem. Mieszkańcy nie mogli uwierzyć, że przyszedłem z zachodu, ale pozwolili mi w swoim domu przenocować. Tu dowiedziałem się, jaki los spotkał mieszkańców wsi, gdy weszli tu Rosjanie - potwierdziły się najgorsze obawy. Dopóki armia rosyjska nie przeszła przez Nysę, stacjonowali w okolicznych miejscowościach. W miejscowościach liczących ok. 2000 mieszkańców, znajdowało się blisko 1000 radzieckich żołnierzy. Szczególnie kobiety i dziewczyny były atakowane przez żołnierzy. We mnie się wszystko jeży, gdy mam o tym pisać, ale powinno to zostać powiedziane. Z opowiadań mojego gospodarza oraz od innych mieszkańców usłyszałem, że po 16 lutym 1945 roku w Starym Węglińcu miało miejsce zdarzenie: kobiety i dziewczyny tej wsi przez okres trzech miesięcy były średnio każdej nocy sześciokrotnie zgwałcone. Niektóre kobiety były tak zdesperowane, że wieszały się, inne z kolei wbiegały na cienki lód stawu wiejskiego, by uciec przed żołnierzami. Wolały utopić się w lodowatej wodzie, niż trwać w tym dalej. Wiele kobiet nie zdołało się jednak uchronić przed gwałtem radzieckich żołnierzy. Mężczyźni zostali zgromadzeni razem (także dużo moich kolegów z klasy, mających 14 lat) i wysłani do Murmańska nad Ocean Lodowaty jako robotnicy przymusowi. Wrócił tylko jeden, chłopak z sąsiedztwa, który był umysłowo upośledzony. Syn sąsiada został przez oficera zastrzelony. Jeden z moich kolegów, który w szkole siedział obok mnie, uciekł Rosjanom i żył około pół roku w lesie w pobliżu wsi jako partyzant. Jakiś czas po wojnie dowiedziałem się, gdzie mieszka i rozmawiałem z nim. On także opowiedział mi, co mówiono o czasach bezpośrednio po wojnie.
Po pierwszej nocy spędzonej w rodzinnej wsi, byłem ciekaw, jak przetrwał wojnę nasz dom, jeszcze stał, ale był opróżniony. W sypialni moich rodziców palił ktoś ognisko, deski podłogowe były w środku przepalone, brakowało okien i drzwi. Nadchodzącą noc mogłem przenocować u dwóch pań, które przetrwały najgorsze czasy. Po tym, jak Rosjanie opuścili ten rejon, kolejnym zmartwieniem stał się powszechny głód. Podzieliłem się z obu kobietami posiadaną jeszcze żywnością, a następnie udałem się do lasu, bo przed naszą ucieczką zakopaliśmy tu trochę żywności i innego dobytku, ale kryjówki były puste.
Udałem się pieszo do Zgorzelca - to odcinek drogi ok. 25 km. Most graniczny na Nysie przekroczyłem bez żadnej kontroli. Podróż  do Schonewalde przeleciała stosunkowo bez problemów i moja Matka była zadowolona, że tę ryzykowną podróż przetrwałem w dobrym zdrowiu.
 






Serdecznie dziękujemy Panu Czesławowi Jeleń za przetłumaczenie powyższego tekstu.


Poniżej przedstawiamy wspomnienia w języku niemieckim spisane przez Pana Heinza.


Erinnerungen, erste Reise – Heinz Säbel

War es Reiselust oder Heimweh, es war im Sommer 1945, ich war 14 Jahre alt und ich wollte unbedingt nach meinem Heimatort in Alt-Kohlfurt in Schlesien. Wir waren ja der Meinung dass wir eines Tages wieder in unsere Heimat zurück könnten, und wie hat unser Haus den Krieg überstanden?
Nach der Flucht im Februar waren wir über Umwege  bei meiner Tante in Schönewalde angekommen und hatten als Unterkunft ein kleines Nebengebäude neben dem Bauernhof meiner Tante bezogen. Bis Kriegsende im Mai diente dieses Häuschen den Kriegsgefangenen Franzosen als Unterkunft, es war noch mit Stacheldraht umzäumt und.........
Also lag ich mit meinem Reisewunsch meiner Mutter in den Ohren die zuerst nichts davon wissen wollte aber ich bekam doch bald ihre Einwilligung und ihre Unterstützung,
Also ging es an die Vorbereitung. Über eine Bekannte, die in der Russischen Kommandantur in Sonnewalde als Übersetzerin arbeitete bekam ich einen“ Reisepass „ausgestellt:
Der Innhalt: Der Eisenbahner Heinz Säbel geb. am 26.12.1930 in Groß-Döbern Kr. Brieg, (Schlesien), reist zwecks Bewirtschaftung seiner Landwirtschaft nach Alt-Kohlfurt und zurück, die Dienststellen der Roten Armee werden gebeten Herrn Säbel Schutz und Hilfe zu gewähren. Der Russische Text war mit der Hand geschrieben,
Ein Passbild, Stempel und Unterschrift vervollständigten den Reiseausweis. Um den „Eisenbahner“ glaubhaft zu machen  besorgte ich mir einen alten Eisenbahnermantel, einen Großen Schraubenschlüssel und eine alte Laterne, ich hatte evtl. vor an den Eisenbahnschienen entlang zurück zu gehen. Da meine Mutter sehr Abergläubisch war ging  sie mit mir zu einer Wahrsagerin, diese meinte das ich wohl als erster unser Haus  in Alt- Kohlfurt wieder betreten würde, meine Mutter erstand bei der alten Frau noch einen Talisman, ein kleines Ledertäschchen mit Inhalt, mir wurde gesagt das ich das Täschchen auf keinen Fall öffnen dürfte da es sonst seine Wirkung verlieren würde, ein Rucksack mit etwas Lebensmittel vervollständigten meine Ausrüstung. Zu Fuß ging ich von Schönewalde bis nach Doberlug-Kichhain, hier konnte ich mit der Eisenbahn fahren, der Zug fuhr nur bis Cottbus. Da der Zug in die Richtung Görlitz erst am nächsten Tage weiter fuhr musste ich mir eine Unterkunft für die Nacht suchen, in einer leeren Fabrikhalle waren schon  einige hundert Menschen, es gab hier nichts, nur der nackte Betonfußboden und einige Maschinenfundamente. Die Menschen die hier lagerten kamen zum größten teil aus den Ostgebieten aber es waren auch Polen und Russen die nach ihrer Zwangsarbeit in Deutschland wieder in ihre Heimat wollten. Bei so vielen Menschen war an Nachtruhe nicht zu denken, Kinder bettelten und weinten, erschöpfte Menschen starben.
Am Morgen nach dieser Nacht wurden die Toten auf einem Zweirädrigen Karren zum Friedhof gebracht, es waren wohl an die Zehn Personen die diese Nacht nicht überlebt hatten.
Am frühen Morgen ging ich zum Bahnhof  um meinen Zug nicht zu verpassen, der Wartesaal war voller Menschen als eine Kontrolle der die Russische Militärpolizei durch den Wartesaal ging und die Ausweise kontrollierte, einige ehemaligen deutschen Soldaten die aus Gefangenschaft zurückkamen wurden abgeführt, mein „Ausweis“ wurde auch kontrolliert und für „Karascho“ (in Ordnung) befunden.
Die Fahrt ging  Richtung Görlitz, das Land war noch deutlich vom Krieg gezeichnet, in Horka war für die Personen die nach Schlesien wollten erst einmal Endstation, von hier aus verlief die Bahnstrecke über die Neißebrücke Richtung Kohlfurt und an der Neiße war die neue Grenze zu Polen. Die Polnischen  Grenzsoldaten durften  Deutsche nur Richtung  Westen durchlassen aber nicht  nach Osten da die Deutsche Bevölkerung  aus den Ostgebieten ausgesiedelt werden sollte. Wenn nach Osten dann so das man nicht den Grenzbeamten  begegnete. Personenzüge fuhren nicht, nur Güterzüge, die Beschlagnahmte Güter (Ganze Fabriken) nach Russland brachten. Ich ging bis an die Neiße um nach einer günstigen Stelle für den Grenzübergang zu suchen, das Ufer war steil und der Fluss hatte eine sehr starke Strömung, die Alte Eisenbahnbrücke lag gesprengt im Fluss aber auch hier war der Übergang nicht ratsam. Vom Fluss Richtung Ufer war ein Ca. 100 M breiter Wiesenstreifen der dann in Wald überging, erst jetzt als ich zum Wald zurückging bemerkte ich das ich mich in einem Mienenfeld befand das die deutschen Truppen bei der Verteidigung des Westufers angelegt Hatten, ich hatte wohl einen Schutzengel der mich begleitete. Ich ging also bis zu der letzten Endstation zurück, hier hatten sich schon ca.
 
  100 „Reisende“ angesammelt die nach Osten wollten. Nach einiger Zeit Hielt ein Güterzug, der Baumstämme für Russland geladen hatte, einige Loren wahren halb hoch geschlossen und die Baumstämme waren unterschiedlich lang, hier fand ich ein Versteck von dem ich hoffte nicht entdeckt zu wer, die meisten der Reisenden setzten sich einfach oben auf die Baumstämme ohne sich zu verstecken.
Nach kurzer Fahrt hielt der Zug auf der Ostseite der Neiße, Grenzbeamte holten alle Reisenden von dem Zug runter, es wurde noch einige Zeit gesucht und dann Konnte der Zug weiter fahren.
Ich war jetzt auf der Fahrt in meine Heimat die nur etwa 20 KM entfernt war. Es war schon dunkel als ich in Kohlfurt ankam. Kohlfurt ist ein großer Bahnhof mit vielen Gleisen nebeneinander mit anschließendem Wald, ich rannte so schnell ich konnte über die Gleise um im Wald unterzutauchen, Wachposten riefen „Stoj (Halt)„ aber ich hatte den Wald schon erreicht und war erst einmal in Sicherheit. Es war Vollmond und obwohl ich den Wald gut kannte hatte ich doch etwas Schwierigkeiten den rechten Weg nach Alt-Kohlfurt zu finden. Durch die Kriegsereignisse hatte sich viel verändert, da wo früher ein Waldweg war jetzt durch Panzer alles zerwühlt, teilweise Brannte es im Boden da sich  Torf, oder Braunkohle entzündet hatte, es war wie die Ankunft auf einem fremden Planeten im Licht des Vollmondes. Um etwa 11 Uhr abends kam ich in Alt Kohlfurt an, die Häuser waren alle Dunkel und durch geschlossene Fensterladen geschützt, aus einem Haus drang etwas Licht durch die Ritze  des Fensterladens, hier klopfte ich bis sich jemand meldete, eine ängstliche Stimme frage: Wer ist da? Ich wurde eingelassen und befragt wo ich her komme, die Leute konnten es kaum glauben das ich aus dem Westen kam aber ich durfte in ihrem Haus Übernachten. Ich erfuhr nun wie es den Dorfbewohnern nach dem Einmarsch der Russen  ergangen war, die schlimmsten Befürchtungen hatten sich bestätigt. Da die Russisch Armee an der Neiße nicht durchkam stauten sich die Truppenverbände in den Ortschaften  und in dem Ort mit ca.2000 Einwohnern  waren nun auch noch ca.10000 Russische Soldaten. Vor allem die Frauen und Mädchen waren von den Übergriffen der Soldaten betroffen. Es sträubt sich alles in mir diese Zeilen zu schreiben aber es muss wohl gesagt werden.
Nach den Erzählungen meiner Wirtsleute  und dem was ich von anderen Dorfbewohnern erfuhr ereignete sich ab dem 16.Febr.1945 in Alt-Kohlfurt folgendes: Die Frauen und Mädchen des Ortes wurden über einen Zeitraum von  Drei Monaten im durchschnitt jede Nacht 6-mal vergewaltigt.
Einige der Frauen waren so verzweifelt das sie auf das dünne Eis des zugefrorenen Dorfteiches liefen um den Soldaten zu entgehen, sie wollten lieber in dem eisigen Wasser ertrinken als weiter alles zu ertragen. Andere erhängten sich, aber es soll Fälle gegeben haben wo auch das nicht vor Vergewaltigung geschützt hat. Die Männer wurden Zusammengetrieben (Auch viele meiner Klassenkameraden die gerade 14 Jahre alt waren) und nach Murmansk am Eismeer zur Zwangsarbeit Verschleppt, nur einer kam zurück, ein Junge aus der Nachtbarschaft, er war geistig verwirrt und krank.Ein Nachbarssohn wurde von einem Offizier erschossen. Ein Schulfreund der in der Schule neben mir gesessen hatte konnte den Russen entkomme und lebte ca. ein halbes Jahr als Partisan in den Wäldern um den Ort. Lange nach dem Krieg habe ich seinen Anschrift erfahren und mit Ihm gesprochen, auch Er betätigte das was über die Ereignisse der Nachkriegszeit Erzählt wurde.
Nach der ersten Nacht in meinem Heimatdorf war ich nun Neugierig wie wohl unser Haus den Krieg überstanden hat, nun es stand noch, es war ausgeräumt, in dem Schlafzimmer meiner Eltern hatte wohl jemand ein Lagerfeuer gemacht, die Dielenbretter waren in der Mitte des Raumes durchgebrannt, Fenster
und Türen fehlten. In der kommenden Nacht konnte ich bei einem Nachbar unterkommen, Zwei Frauen die diese schlimme Zeit überlebt hatten. Nach dem die Russen nun den Ort verlassen hatten war überall der Hunger das neue Übel. Ich teilte mit den beiden Frauen meine mitgebrachten Lebensmittel, dann ging ich in den nahen  Wald, wir hatten vor unserer Flucht noch Lebensmittel und einige Habseligkeiten Vergraben, aber die Verstecke waren alle ausgeräumt. Zu Fuß ging ich nun nach Görlitz, es war eine Strecke von ca.25 km. An der Neißebrücke in Görlitz konnte ich ohne Kontrolle die Grenze überschreiten. Die Fahrt nach Schönewalde verlief für die damaligen Verhältnisse  ohne große Probleme und meine Mutter war froh dass ich die abenteuerliche Reise gesund überstanden hatte.


Heinz Säbel
 


Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstu w całości lub w częściach zabronione!


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »