Wspomnienia cz. III - "Druga i trzecia podróż"
07.04.2010.
      Po moim powrocie z pierwszej podróży (patrz wspomnienia część II), zostałem przydzielony do pracy w pobliskim gospodarstwie. Rankiem, w środku wsi zatrzymał się traktor z przyczepą i wszyscy sprawni mężczyźni musieli załadować się na tę przyczepę i wyjechaliśmy do pracy. Na początku miałem kosić łąkę. Rosjanie zaprzęgli mi dwa pełnokrwiste ogiery do kosiarki i zaczęła się jazda po łące, konie pędziły przez łąkę, jak na wyścigach. Gdy udało mi się je zatrzymać, Rosjanie stwierdzili, że nie jestem właściwym człowiekiem do koszenia i przeniesiono mnie do młócenia zboża.

      Tak zaczyna się trzecia część wspomnień Pana Heinz Säbel, pt. "Druga i trzecia podróż". W dalszej części dokończenie ZOBACZ


Druga i trzecia podróż do Starego Węglińca  (cz. II)
spisał: Heinz Säbel, tłumaczenie: Czesław Jeleń

Po moim powrocie z pierwszej podróży, zostałem przydzielony do pracy w pobliskim gospodarstwie. Rankiem, w środku wsi zatrzymał się traktor z przyczepą i wszyscy sprawni mężczyźni musieli załadować się na tę przyczepę i wyjechaliśmy do pracy. Na początku miałem kosić łąkę. Rosjanie zaprzęgli mi dwa pełnokrwiste ogiery do kosiarki i zaczęła się jazda po łące, konie mnie zbagatelizowały i pędziły przez łąkę, jak na wyścigach. Gdy udało mi się je zatrzymać,
Rosjanie stwierdzili, że nie jestem właściwym człowiekiem do koszenia i przeniesiono mnie do młócenia zboża.
Duża młocarnia, była napędzana długim pasem transmisyjnym z traktora Lanz Buldog. Pełne worki zboża należało przenieść około 50 metrów i wysypać – tak wyglądała moja praca. Rosjanin nadzorujący pracę młocarni, powiesił na chłodnicy świeżo zerwane liście tytoniu, które dzięki ciepłu z maszyny i nawiewowi powietrza szybko wysychały. W czasie przerwy każdy otrzymał kawałek papieru gazetowego i liścia tytoniu – to była nasza przerwa papierosowa.
Na obiad każdy otrzymał talerz „kartofel-zupy”, w której było nawet mięso, które pachniało jak padnięty koń, obok którego codziennie rano przechodziłem, ale posiłek był zjadany. Gdy w gospodarstwie mojej cioci rozpoczęły się żniwa to mogłem u niej pracować. Chleb w czasie przerw w pracy był tu grubo obłożony kiełbasą. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nasza ciotka nie wspierała mojej Matki żywnością. Przecież nic nie można było kupić. Z owoców gotowaliśmy marmeladę, na obiad nadal najczęściej były ziemniaki w mundurkach z odrobiną soli i stęchłego oleju lnianego.

Nie wiem jak wpadłem na pomysł, by jeszcze raz powtórzyć podróż do Starego Węglińca.
Był już listopad, noce były już zimne. Znalazłem się na stacji końcowej przed granicą do Polski. W między czasie przejście granicy stało się znacznie utrudnione, kontrola graniczna została znacznie zaostrzona. Przed stacją Horka zebrało się ok. 10 osób, w tym młody Polak, chcący przedostać się do domu, podzieliliśmy się tym, co mi moja Matka dała jako prowiant na podróż. On znalazł inny sposób zdobycia żywności. Poszedł do pewnego domu, gdzie w chlewiku były króliki, wyciągnął jednego i zabił go.
 

 
  Królika sprawił w innym domu i ugotował. Niedługo potem byliśmy z powrotem na dworcu i znaleźliśmy nasz pociąg. W środku był wagon z rosyjską eskortą. Polak potrafił się z Rosjanami porozumieć i uzgodnili, że możemy się w ich wagonie schować. Po polskiej stronie granicy pociąg zatrzymał się do kontroli. Nie spodziewaliśmy się, że polskie wojsko ochrony granicy zmusi Rosjan do opuszczenia wagonu - i tak znaleźliśmy się na stacji granicznej. Z pociągu wyprowadzono jeszcze ok. 20 osób. Polski pogranicznik krzyknął: niemieckie świnie na lewo, polskie świnie na prawo. Każdy musiał udać się do domku - wartowni, gdzie był przesłuchiwany i zrewidowany. Niemcy musieli jeden dzień odpracować, przy uprzątaniu resztek wysadzonego mostu kolejowego oraz przy uprzątnięciu pola minowego. Wieczorem wysłano wszystkich z powrotem przez most na zachód.

Nie chciałem się poddać, czekałem więc na nową okazję dostania się do Starego Węglińca.
Poznałem młodego człowieka, który także chciał dostać się na Śląsk; jego celem był Lubań.
Znaleźliśmy pociąg, w którego lokomotywie, prócz maszynisty i palacza jechał jako komendant pociągu - młody żołnierz rosyjski. Pozwolił on nam jechać w lokomotywie, ale przed granicą kazał nam się schować, co w parowozie nie jest proste. Swojego współpodróżnego zakopałem pod brykietami a sam schowałem się w zbiorniku wody - sięgała mi do piersi, nie było mi przyjemnie, ale ominęła nas kontrola graniczna.

Do Węglińca dotarliśmy w nocy. W mojej doszczętnie mokrej odzieży biegłem, co sił przez tory do lasu. Gdy dotarłem do Starego Węglińca, sople lodu obijały mi się po nogach, płaszcz na skutek niskiej temperatury w nocy, nasiąknięty wodą całkowicie zamarzł.

Znalazłem nocleg, gdzie mogłem się ogrzać i wysuszyć. W wiosce nic się nie zmieniło, więc zdecydowałem się na powrót. Tym razem szedłem wzdłuż torów do przejścia granicznego, przez które wjechaliśmy.

 




 






Serdecznie dziękujemy Panu Czesławowi Jeleń za przetłumaczenie powyższego tekstu.


Poniżej przedstawiamy wspomnienia w języku niemieckim spisane przez Pana Heinza.


Errinnerungen, zweite und dritte Reise – Heinz Säbel

Nach meiner Rückkehr von der ersten Reise wurde ich zur Arbeit auf dem nahe liegenden Gut  eingeteilt. Morgens hielt ein Tracktor mit Anhänger mitten im Dorf und alle arbeitsfähigen Männer mussten auf den Anhänger dann ging es zur Arbeit. Als erstes sollte ich eine Wiese mähen. Die Russen spannten mir zwei Kaltbluthengste vor die Mähmaschine dann ging die Fahrt über die Wiese los, das heißt die Pferde gingen mir durch und wir rasten über die Wiese wie bei einem Rennen, nachdem ich die Pferde anhalten konnte meinten die Russen wohl das ich für das Mähen nicht der Richtige bin und ich wurde beim dreschen des Getreides eingesetzt.
Eine große Dreschmaschine wurde über einen langen Treibriemen von einem Lanz-Buldok-Tracktor angetrieben, die vollen Getreidesäcke mussten ca. fünfzig Meter weit getragen  werden und wurden dann ausgeschüttet, das war meine Arbeit, der Russe der bei der Dreschmaschine die Aufsicht hatte hing vor den Kühler des Traktors frisch geerntete Tabakblätter die durch die Wärme und die Kühlerluft schnell trocken waren. In den Pausen bekam jeder ein stück Zeitungspapier und etwas von den Tabak, das war unsere Pausenzigarette.
Mittags gab es für jeden einen Teller voll mit einer art Kartoffel-Wassersuppe in der sogar Fleisch war, Das Fleisch roch noch auf dem Teller wie der Pferdekadaver an dem ich Morgens immer vorbei kam aber es wurde gegessen. Wenn auf dem Bauernhof meiner Tante Erntearbeiten anfielen dann konnte ich  dort arbeiten, die Pausenbrote waren dick mit Wurst belegt. Ich habe nie verstanden warum unsere Tante meine Mutter nicht besser mit Lebensmittel unterstützt hat. Es gab ja nichts zu kaufen. Von den Ebereschenfrüchten wurde Marmelade gekocht, oft gab es als Mittagsessen Pellkartoffeln mit etwas altem ranzigen Leinöl und Salz.
Ich weiß nicht mehr warum und wie ich auf die Idee kam noch einmal die Reise nach Alt- Kohlfurt anzutreten, es war wohl im November, die Nächte waren manchmal schon kalt und ich war wieder an der letzten Bahnstation vor der Grenze nach Polen, inzwischen war der Grenzübertritt schwerer geworden, die Kontrollen waren verschärft worden. Vor der Bahnstation in Horka hatten sich ca. zehn Personen eingefunden  darunter auch ein junger Pole der in seine Heimat wollte, wir teilten etwas von dem  was mir meine Mutter als Nahrung mit auf die Reise geben hatte, Er hatte eine andere Art der Nahrungsbeschaffung, er ging einfach an den Kaninchenstall eines Hauses, holte ein Kaninchen heraus,
 
 
  das Kaninchen wurde Geschlachtet und zum Zubereiten ging er in das nächste Haus, hier wurde das Kaninchen gekocht bis es gar war. Kaum waren wir wieder am Bahnhof fanden wir unseren Zug. Der hatte in der Mitte einen Wagon mit russischem Begleitpersonal, der Pole konnte sich mit den Russen verständigen und so waren sie damit einverstanden  das wir uns in ihrem Wagon versteckten. Auf der Polnischen Seite hielt der Zug zur Kotrolle an. Was wir nicht erwartet hatten war das die Polnischen Grenzsoldaten die Russen zwangen, aus dem Wagon auszusteigen, und so standen wir auch auf der Grenzstation. Es wurden noch etwa zwanzig Personen aus dem Zug  geholt.
Ein Polnischer Grenzer rief: deutsche Schweine links, polnische Schweine rechts, nun musste jeder einzeln in ein Wachhäuschen und wurde vernommen und Gefilzt (durchsucht). Die Deutschen mussten einen Tag Arbeiten, (Reste der alten, gesprengten Eisenbahnbrücke bergen und beim Mienenräumen helfen), gegen Abend ging es zu Fuß über die Brücke zurück in den Westen.
Aufgeben wollte ich nicht also wartete ich auf eine neue Möglichkeit um nach Alt-Kohlfurt zu kommen.
Ich lernte einen Jungen Mann kennen der auch wie ich nach Schlesien wollte, sein Ziel war Lauban.
Wir fanden einen Zug, auf der Lok war außer dem Lokführer und dem Heizer noch ein junger Russischer Soldat der als Kommandant  auf der Lok mitfuhr, er ließ uns auf der Lok mitfahren, als die Grenze näher kam deutete er uns an das wir uns Verstecken sollten, das ist auf einer Lok nicht so einfach, ich vergrub meinen Reisegefährten unter den Briketts mit denen die Lok befeuert wurde und ich selbst stieg durch eine Luke in den Wassertank, bis zur Brust im Wasser, war nicht angenehm aber der Grenzkontrolle waren wir entwischt.
In Kohlfurt kamen wir in der Nacht an, in meiner triefend nassen Bekleidung lief ich über die Schienen. In den Wald, als ich in Alt-Kohlfurt ankam klapperte die Eiszapfen um meine Beine, der Mantel hatte sich mit Wasser voll gesogen und die tiefe Nachttemperatur lies das Wasser gefrieren.
Ich fand eine Unterkunft und konnte mich erst einmal aufwärmen und trocknen. Im Dorf hatte sich noch nichts verändert und ich machte mich auf den Heimweg, diesmal ging ich an der Bahnstrecke bis zu dem Grenzübergang über den wir eingereist waren.



Heinz Säbel

 


Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstu w całości lub w częściach zabronione!


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »