Wspomnienia cz. IV - "Czwarta i piąta podróż"
20.09.2010.
Po dłuższej przerwie prezentujemy Państwu ostatnią już część wspomnień Pana Heinz Säbel. Jak potoczyły się losy Pana Hainz’a? Czy odnajdzie on swojego ojca? O tym dowiedzą się Państwo w dalszej części artykułu | ZOBACZ PEŁNĄ TREŚĆ WSPOMNIEŃ

- Otrzymaliśmy list od mojego Ojca, list był adresowany do ciotki Friedy - wspomina Heinz Säbel. - Ojciec pytał, czy nie ma jakiejś wiadomości o miejscu naszego pobytu. Słyszał od innych uciekinierów, że ze Starego Węglińca niewiele ludzi przeżyło. Radość z listu była wielka, znowu wróciła nadzieja na lepszą przyszłość. Dla mnie był to znak, by odbyć nową podróż, tym razem na zachód...Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć


Czwarta i piąta podróż 1945 (cz. IV - ostatnia)
spisał: Heinz Säbel, tłumaczenie: Czesław Jeleń

Otrzymaliśmy list od mojego Ojca, list był adresowany do ciotki Friedy. Ojciec pytał, czy nie ma jakiejś wiadomości o miejscu naszego pobytu. Słyszał od innych uciekinierów, że ze Starego Węglińca niewiele ludzi przeżyło. Radość z listu była wielka, znowu wróciła nadzieja na lepszą przyszłość. List przyszedł z Aurich, zapis nadawcy brzmiał: Karl Sabel, Kant 578, Aurich. Dla mnie był to znak, by odbyć nową podróż, tym razem na zachód. W związku z podziałem Niemiec na strefy pomiędzy zwycięzców, można było (głównie pieszo przez las lub w miastach - korytarzami) przechodzić przez "zieloną granicę" między strefami. Pociągi kolei niemieckiej były w tym czasie przepełnione, kto nie znalazł miejsca w przedziale, ten jechał na dachu lub na stopniach wagonu, a po wyjeździe pociągu z dworca, peron i tak pozostawał pełen ludzi. Ja podróżowałem tylko w dzień. Nocą podróżni przeważnie zalegali schrony przeciwlotnicze, gdy miało się szczęście, to można było liczyć na trochę jedzenia od Czerwonego Krzyża.

Stacje, przez które jechałem, to Braunschweig, Hanower, Bremę i Oldenburg. Podczas podróży miałem okazję "zawrzeć znajomość" z pierwszymi angielskimi papierosami (od czasu ucieczki ze Starego Węglinca paliłem) i uczyłem się jak działa czarny rynek, każdy dzień poszerzał moją wiedzę.
W Aurich pod adresem mojego Ojca nic nie było o Nim wiadomo. Ktoś wysłał mnie do sąsiedniej wsi Moordorf, gdzie krótko przebywali jeszcze niemieccy żołnierze. Tu dowiedziałem się, że jednostka, w której prawdopodobnie był Ojciec została przeniesiona do Achim koło Bremy. Tak więc udałem do Achim. Na miejscu, ktoś powiedział mi, że żołnierze niemieccy przebywają w starej szkole. W korytarzu szkoły zapytałem spotkanego starszego pana o mojego Ojca Karla Sabela. Odpowiedział, że mój Ojciec przebywa w pomieszczeniu na górze i że on go powiadomi o moim przybyciu. Zobaczyłem ojca, który schodzi schodami. Poznałem Go od razu, a on zapytał mnie: "czy chciał pan ze mną rozmawiać?". Odpowiedziałem: "Czyżbyś mnie nie poznawał? Jestem Twoim synem Heinz’em". Ale on nie uwierzył.

 
  Żeby Go przekonać pokazałem Mu moje dokumenty. Był ogromnie zaskoczony, poczęstował mnie papierosem i zaprowadził do swojego pomieszczenia, gdzie zaczęliśmy sobie opowiadać o tym, jak przeżywaliśmy minione czasy. Pomieszczenie, prócz Ojca, zajmowali też inni zatrzymani żołnierze niemieccy. Wszyscy nosili angielskie mundury z napisem na ramieniu GSO (niemiecka organizacja serwisowa). Dowiedziałem się, że wcześniej mój Ojciec został zwolniony z obozu jenieckiego z Moordorf koło Aurich, gdyż zgłosił Anglikom chęć zatrudnienia się u nich jako kierowca. Kierowcy, tak jak w wojsku niemieckim, byli przydzieleni do jednostek pod niemieckim dowódcą np. kapitan itd. Ciężarówki były amerykańskie firmy Mak, były to ogromne ciągniki z przyczepami dużej ładowności do transportu czołgów. Nimi wywożono do Anglii pnie drzew z niemieckich lasów jako rekompensata za straty. Wycinkę prowadzili żołnierze angielscy, którzy w ramach jakichś kar, musieli pracować jako drwale. Tu zapoznałem się też z aprowizacją kierowców, dla mnie rajem były ogromne pajdy białego chleba z margaryną i marmeladą, do tego zupa mleczna itp.
Ojciec dał mi adres pewnego gospodarza w Schoppenstedt, mieliśmy (moja Matka i rodzeństwo) przyjechać na zachód i tu się zatrzymać. Po trzech dniach pobytu u mojego Ojca ruszyłem w drogę powrotną, aby mojej Matce i rodzeństwu zawieźć dobrą nowinę…

Szło ku zimie i właśnie spadł pierwszy śnieg, gdy po powrocie wyznaczony zostałem do pracy - tym razem w lesie koło Friedersorf, którego wysokie sosny musiały zostać ścięte.
Krótko przed Bożym Narodzeniem 1945 szykowaliśmy się do drogi na zachód. W Wolfenbittel dostaliśmy się do obozu przejściowego na ul. Kleine Kirchstrase (był to stary kościół lub hala gimnastyczna). Nie wolno nam było jechać do Schoppenstedt, musieliśmy jechać do Kissenbruck. Od Hedwigsburg do Kissenbrick podróżowaliśmy w śnieżycy i zimnie,- i potem ostrożne,z niedowierzaniem-przyjęcie!! To były złe czasy.
 






Serdecznie dziękujemy Panu Czesławowi Jeleń za przetłumaczenie powyższego tekstu.


Poniżej przedstawiamy wspomnienia w języku niemieckim spisane przez Pana Heinza.


Die vierte und fünfte Reise 1945 – Heinz Säbel

Wir erhielten einen Brief von meinem Vater, der Brief war an Tante Frieda gerichtet, er fragte ob Sie etwas über unseren Verbleib wüsste. Er hatte von anderen Flüchtlingen gehört dass aus Alt-Kohlfurt wohl nur wenige Menschen überlebt hätten. Nun war die Freude groß und wir hatten wieder Hoffnung auf eine Zukunft.
Der Brief kam aus Aurich und die Anschrift war: Karl Säbel, Kant 578, Aurich, für mich das Zeichen für eine neue Reise, diesmal in den Westen. Obwohl Deutschland in die Sektoren der Siegermächte eingeteilt war konnte man über die so genannte Grüne Grenze (Meist zu Fuß durch Wald und Flur) in den jeweilig anderen Sektor gelangen.
Die Züge der deutschen Reichsbahn waren zu der Zeit hoffnungslos überfüllt, wer in den Abteilen keinen Platz fand fuhr auf dem Dach oder auf den seitlichen Trittbrettern, und wenn so ein Zug aus dem Bahnhof ausfuhr war der Bahnsteig immer noch voller Menschen. Ich fuhr nur am Tage, die Nacht verbrachten die Reisenden meistens in den ehemaligen Luftschutzbunkern, wenn man Glück hatte erhielt man etwas Essbares vom Roten Kreutz.
Meine Stationen waren: Braunschweig, Hannover, Bremen und Oldenburg. Unterwegs machte ich mit der ersten englischen Zigarette Bekanntschaft, (seit unserer Flucht aus Alt-Kohlfurt rauchte ich) und ich lernte wie man am „Schwarzmarkt“ Handel betreibt, aber ich lernte ja jeden Tag etwas Neues dazu.
In Aurich war über die Adresse meines Vaters erst mal nichts bekannt aber jemand schickte mich in das benachbarte Moordorf, dort wären vor kurzem noch ehemalige deutsche Soldaten gewesen.
Hier erhielt ich die Auskunft dass die Einheit nach Achim bei Bremen verlegt wurde. Also auf nach Achim bei Bremen.
In Achim fragte ich mich durch und man sagte mir das in einer alten Schule ehemalige deutsche Soldaten untergebracht sind, im Flur der Schule traf ich einen älteren Herrn den ich nach meinem Vater Karl Säbel fragte, er sagte mir das mein Vater in den oberen Räumen wäre aber er würde meinen Vater benachrichtigen.
Mein Vater kam die Treppe herunter, ich erkannte ihn sofort, er fragte: „Wollten sie mich sprechen?“.
Ich sagte: „Aber erkennst du mich den nicht, ich bin dein Sohn Heinz“ - aber er wollte es immer noch nicht glauben und ich musste ihm erst meinen Ausweis zeigen um ihn zu überzeugen.


 
  Er war wohl sehr überrascht und bot mir eine Zigarette an, dann nahm er mich mit in seine Unterkunft und wir erzählten uns wie es uns jeweils ergangen war. Die Unterkunft war ein größerer Raum in dem er gemeinsam mit anderen ehemaligen? deutschen Soldaten untergebracht war, alle trugen englische Uniformen mit der Ärmelaufschrift: G S O, (German Service Organisation) und ich erfuhr das mein Vater früher aus der Gefangenschaft in Moordorf bei Aurich entlassen wurde weil er sich verpflichtet hatte bei den Engländern als LKW-Fahrer zu arbeiten. Die Kraftfahrer waren wie bei den deutschen Soldaten in eine Kompanie eingeteilt, ein deutscher Hauptmann usw.
Die LKW waren amerikanisch Mak, riesige Zugmaschinen, die Anhänger waren Schwerlastanhänger für den Panzertransport. Mit denen nun Baumstämme aus den deutschen Wäldern als Wiedergutmachung für England gefahren wurden, die Baumfellarbeiten machten englisch Soldaten die wegen einer Strafe als Holzfäller arbeiten mussten ( Woodpecker - Specht)
Hier machte ich auch mit der Verpflegung der Kraftfahrer Bekanntschaft, für mich wie in einem Schlaraffenland, große Scheiben Weißbrot mit Margarine und Marmelade, dazu Milchsuppe usw.
Mein Vater gab mir eine Adresse von einem Bauern in Schöppenstedt, wir (meine Mutter und Geschwister) sollten in den Westen kommen und dort unterkommen. Nach drei Tagen bei meinem Vater machte ich mich wieder auf den Weg um  meiner Mutter und meinen Geschwistern die Gute Nachricht zu überbringen.
Es ging auf den Winter zu und der erste Schnee fiel als ich wieder zur Arbeit eingeteilt wurde, diesmal ging es in den Wald bei Friedersdorf, die hohen Kiefern mussten gefällt werden. Kurz vor Weihnachten 1945 machten wir uns auf den Weg in den Westen, in Wolfenbüttel mussten wir erst in ein „Durchgangslager“, in der Kleinen Kirchstrasse, (Alte Kirche oder Turnhalle ?)
Nach Schöppenstedt durften wir nicht, wir mussten nach Kissenbrück. Von Hedwigsburg nach Kissenbrück im Schneegestöber und Kälte und dann der „sehr zurückhaltende Empfang!„ Es waren schlimme Zeiten.



Heinz Säbel
 


Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstu w całości lub w częściach zabronione!


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »