Dzieciństwo w Starym Węglińcu
18.06.2012.
"Tęsknie za Starym Węglińcem, jak Mickiewicz za Litwą" - pisze do nas Pani Anna Szarłat zd. Kalińska, która zdecydowała się opowiedzieć wspomnienia z czasów,
kiedy jeszcze mieszkała w naszej miejscowości.


Z tamtych lat Pani Szarłat zostało kilka zdjęć no i co najważniejsze - masa wspomnień. Niektóre z nich mają Państwo okazję przeczytać.

"Nazywam się Anna Szarłat zd. Kalińska, moi rodzice to Wacława i Kazimierz Kalińscy. Urodziłam się w Starym Węglincu 30 grudnia 1950 r. w domu na 1 piętrze przy ul. Marii Konopnickiej 15" - zaczyna swoją opowieść Pani Szarłat. Dokończenie w dalszej części...
Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć



Na parterze tego domu mieszkał taty brat - Stanisław z rodziną. Wujek był miłośnikiem ogrodu, jego ogród był zawsze zadbany i utrzymany w należytym porządku. Wielką pasją mojego wójka były gołebie pocztowe. Miał ich bardzo dużo. W okresie letnim odbywały sie loty konkursowe, wtedy na podwórku trzeba było zachowywać sie bardzo cicho. Gołębie wracały przeważnie z dalekich Suwałk, Małkini lub z Niemiec. Miał najlepsze gołębie w całej okolicy, czego dowodem były liczne dyplomy. W 1953 r. urodził się mój brat Antoni "Tolek". U wójka była czwórka dzieciaków, czyli na jednym podwórku była nas szóstka. Za tzw. miedzą mieszkał drugi taty brat Władysław z rodziną, rownież wielki miłośnik gołebi.

W pamięci z tego okresu utkwił mi bardzo widok drwali wiozących z lasu drewno do tartaku w Jagodzinie. Jechało zawsze kilka zaprzęgów jeden za drugim. Na specjalnych wozach były przewożone dłużyce. Ciągły je do tego przeznaczone konie tzw. ciężkie pociągowe. Zawsze dwa konie ciagły, a dwa szły z tyłu. Bardzo lubiłam patrzeć na te zaprzęgi, a obraz ten pozostał do tej pory w mojej pamięci. Dla mnie widok tylu koni to była "poezja". Nigdy i nigdzie już takich koni nie widziałam. Z biegiem czasu konie zastąpiły traktory, później traktory zamieniono na samochody Tatra. To juz nie był dla mnie interesujący widok.

Z tamtych lat pamiętam fotografa, który w ówczesnym czasie jeździł po wioskach z aparatem fotograficznym i robił zdjęcia rodzinne i okolicznościowe. Potocznie nazywany był przez nas "Panem Siwkiem" (miał siwe włosy).

Na końcu naszej ulicy pod samym lasem mieszkał nasz wiejski szewc pan Stachowiak. Mały, głuchy, zgarbiony starszy pan. Gdy nosiliśmy do niego obuwie trzeba było mu krzyczeć prosto do ucha, ale i tak prawie nigdy nie słyszał co do niego mówiliśmy. W okresie światecznym nosilismy mu domowe wypieki i inne wiktuały, które skrupulatnie przygotowywały moja mama i ciocia Ela.

Mieszkając w tamtych latach w Starym Węglińcu bardzo lubiłam chodzić na niemiecki cmentarz. Jeszcze dzisiaj czuję zapach jaki wydzielały rosnące na nim jodły, świerki i tuje. Panował tam taki specyficzny klimat. Cmentarz ogrodzony był murem z czerwonej cegły, po środku była główna aleja prowadząca od bramy południowej do północnej. Po prawej stronie idąc od bramy południowej były kwatery ogrodzone ozdobnymi płotkami z kutego żelaza. Każda kwatera była obsadzona z trzech stron tujami. W każdej z nich było kilka grobów z tymi samymi nazwiskami. Wyglądało to jak małe cmentarzyki rodzinne na jednym dużym cmentarzu. Jedno nazwisko które jeszcze pamiętam to Linder. Nagrobki były przeważnie wykonane z czarnego marmuru. Po drugiej stronie głównej alejki też były takie kwatery, ale było ich mniej - przeważały tam pojedyńcze nagrobki, ale jakie wspaniałe! Na ścianie ogrodzenia po stronie zachodniej było coś w rodzaju epitafia (miejsca pamięci) czy ołtarza przepieknie ozdobionego - to był dal mnie kunszt sztuki. Przy wejsciu na cmentarz była kaplica cmentarna z czerwonej cegły i  studnia. Słyszałam, że przy wejściu na cmentarz po prawej stronie były groby żołnierzy radzieckich z II wojny światowej. Nasz kościółek we wsi w tym czasie był filią kościoła parafialnego w Węglińcu. Na wieży kościoła był kogut póżniej zdjęto go a na jego miejscu umieszczono krzyż (widziałam i pamiętam tę chwilę).

Wielkim przeżyciem był dla mnie pogrzeb w czerwcu w 1956r. W rozruchach w Poznaniu zginął z tego co się domyślam żołnierz Bronisław Falasa. Na cmentarzu przykościelnym był tłum ludzi, delegacja wojskowa, salwy na cześć poległego - to było takie przerażajace. Przytuliłam się mocno do taty, który trzymał mnie na rękach. Ludzie coś do siebie szeptali, jakby bali się mówić głośno. Nic z tego nie rozumiałam miałam wtedy 6 lat, ale czułam że wydarzyło sie coś poważnego. Po latach byłam na cmentarzu przykościelnym i odwiedziłam grób p. Falsy. Obecnie jest tam nowy nagrobek.

 
  Gdy jechało się szosą do Starego Węglińca nad torami kolejowymi prowadzącymi do Zielonki był drewniany wiadukt. Drewniany wiadukt był również na stacji kolejowej w Węglińcu, przy wyjściu do miasta. Wielką frajdą było dla mnie stać na wiadukcie w tym czasie, gdy pod wiaduktem przejeżdżała lokomotywa. Przez szpary w deskach wiaduktu przedostawał się dym z komina lokomotywy, czułam się wtedy jak w chmurach. Często stawałam na tym wiadukcie i czekałam na takie atrakcje.

Tata mój pracował w kopalni "Koławsk" w Zielonce a ściślej mówiąc na "Ryglach". Zabrał nas kiedyś na wycieczkę do swojej pracy. Pojechaliśmy rowerami cała nasza rodzina  ja, tata, mama i brat. Byłam pierwszy raz pod ziemią, robiło to wtedy na mnie wrażenie nie mogłam się doczekać kiedy wyjdziemy na "powierzchnię". Znacznie przyjemniejsza była dla mnie droga powrotna do domu przez wspaniały pachnący las. Marzy mi się żebym tak jeszcze mogła kiedyś przejechać tę trasę rowerem.

Latem w upalne dni całe rodziny spędzały niedzielne popołudnia nad stawem to był nasz taki "Kurort". Mieszkał w naszej miejscowości pan, który wypływał na środek stawu i przepięknie "jodłował" a echo niosło melodię po całym stawie. Po drugiej stronie drogi były pozostałości po tartaku wodnym. Na przeciwko stawu było zejście w dół poniżej lustra wody, były tam części różnych maszyn i urządzeń, wokoło było bardzo dużo trocin. Teraz to wszystko jest zasypane, wyrównane i nie ma śladu po tartaku.

Gdy miałam 12 lat przeprowadziliśmy się do budynku przy ul. Marii Konopnickiej 12. Zyskałam wtedy trzy nowe koleżanki: Zdzisie Bukowską, Lilkę i Zosię Przespolewskie. Pamiętam nasze wspólne zabawy, a szczególnie wyprawy do lasu na grzyby, a każde wakacje obowiązkowo do lasu na jagody. W tych czasach trzeba było zarobić sobie na wyprawkę do szkoły i wyjazd na wakacje.

Szkołę podstawową rozpoczęłam w 1957r. Było nas w klasie 40-stu uczniów. Do pierwszej i drugiej klasy chodziliśmy do szkoły przy ul. Marii Konopnickiej, do trzeciej i czwartej do szkoły przy stacji kolejowej. Na piętrze tej szkoły mieściła się scena i sala taneczno-widowiskowa oraz bufet okolicznościowy. Do klasy V-VII znów chodziliśmy do szkoły przy ul. Marii Konopnickiej. Przez cały czas mojej nauki kierowniczką szkoły była pani Jadwiga Smereka, a wychowawcą mojej klasy pani Danuta Nikurczak. W naszej szkole nie było świetlicy, więc apele okolicznościowe, uroczystości rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego odbywały się na podwórku przed szkołą. Obowiązkowym strojem szkolnym były granatowe fartuchy z białym kołnierzykiem i tarczą na rękawie.
Z pierwszych klas szkoły podstawowej pamiętam, jak z głośników szkolnych nadawane były komunikaty Polskiego Czerwonego Krzyża o poszukiwaniu zaginionych osób w czasie drugiej wojny światowej. Miło wspominam całą moja klasę, z kilkoma koleżankami utrzymuję do dnia dzisiejszego kontakt. Szkołę podstawową ukończyłam w 1964r. Później uczęszczałam do szkoły zawodowej w Zgorzelcu. W czerwcu 1967r. urodziła się moja siostra Dorota.

Pamiętam też wypadek w kopalni "Kaławsk" w Zielonce. Mój tata miał iść następnego dnia na 1-szą zmianę. Zginęło wtedy pięciu górników w tym dwóch ze Starego Węglińca, jeden z nich był naszym sąsiadem. Po tej tragedii kopalnię zamknięto, a dużo ludzi wyemigrowało do pracy na Śląsk. Tata mój przeszedł wtedy na emeryturę i mama zdecydowała się wrócić w swoje rodzinne strony. Wyprowadziliśmy się do Kutna, bardzo przezyłam tę wyprowadzkę.

Mieszkam w Kutnie już prawie 40 lat i jeszcze się nie przyzwyczaiłam. Tęsknie za Starym Węglińcem, jak "Mickiewicz za Litwą". Może w tym roku uda mi się odwiedzić moje rodzinne strony.
- Anna Szarłat








Pamiątkowe zdjęcia:




Dziękujemy serdecznie Pani Annie Szarłat za ciekawe wspomnienia i zachęcamy innych do opowiedzenia swojej historii.
Wystarczy przesłać do nas maila na adres Ten adres email jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć

 
następny artykuł »